Kolekcja Titanica – Nr 55


Spis Treści:

Niebezpieczeństwo w mroku: góra lodowa.

Kilka słów o górach lodowych.

Niebezpieczeństwo w mroku: góra lodowa
Tego wieczora na „Titanicu” pracowały 24 kotły, a prędkość statku – zgodnie z życzeniem Ismaya – przekraczała 22,5 węzła. Następnego dnia planowano uruchomić jeszcze 5 kotłów, by zwiększyć obroty silnika do 80.
Trochę po 22.00 pasażerowie zaczęli powoli rozchodzić się do kabin. Potańcówka w trzeciej klasie dobiegła końca, a stewardzi pogasili światła w salonie, sugerując, że nadszedł czas, by udać się na spoczynek. Zakończyło się także śpiewanie hymnów, odbywa­jące się pod przewodnictwem wieleb­nego Cartera w salonie drugiej klasy. W pierwszej klasie skończył się występ orkiestry. Niektórzy pasaże­rowie gawędzili jeszcze w salonie, ale większość, zmęczona atrakcjami tego wieczoru, udawała się do kabin na spoczynek.
Dopiero znalazłszy się w przytul­nych kabinach ogrzewanych przez nowoczesne elektryczne grzejniki, niektórzy z pasażerów uświadomili sobie, że wibracje kadłuba zwiększy­ły się w stosunku do poprzednich dni rejsu. Teraz, kiedy ucichły dźwię­ki muzyki i gwar rozmów, były one znacznie bardziej wyczuwalne. Państwo Taylor, Amerykanie ze stanu Delaware mieszkający na stałe w rezydencji w Londynie, podróżowali do Ameryki w intere­sach. Elmer Zebley Taylor był zresz­tą wspólnikiem Fletchera Lamberta Williamsa, który znajdował się na pokładzie „Titanica” i zajmował przyległą kabinę na pokładzie C. Po zakończeniu uroczystego wieczoru pani Julet Taylor postanowiła poczytać chwilę przed snem, korzystając z przyjemnego ciepła, które rozchodziło się od grzejnika, natomiast jej mąż położył się od razu. Na chwilę przed zaśnięciem, kiedy leżał już wygodnie z głową na poduszce, przeszło mu przez myśl, że wibracje dochodzące z maszynowni są silniejsze niż zwykle.
Także Charles Emil Henry Stengel, zajmujący kabinę na pokładzie C, zdał sobie spra­wę, że moc silników uległa zwiększeniu i zwrócił na to uwagę swej żonie, Annie May.
Nie przeszkadzało mu to specjalnie, ponieważ przywykł do hała­su maszyn w swojej garbarni w Newmark w stanie New Jersey. Poza tym trzeba pamiętać, że w konstrukcji „Titanica” wykorzys­tano najnowocześniejsze technologie, umożliwiające znaczną redukcję hałasu silników i śrub w części rufowej, toteż trzeba było naprawdę wsłuchać się w dochodzące ze statku dźwięki, by zdać sobie sprawę ze zmiany prędkości. W palarni pierwszej klasy George Rheims i Joseph Holland Loring, sącząc drinki, żywo dyskutowali na temat tego, jaki dystans przebędzie „Titanic” do poniedziałku w południe, ponie­waż chcieli urozmaicić sobie ostatnie dni rejsu kolejnym zakła­dem o maksymalną prędkość transatlantyku.

Kotłownia na wielkim transatlantyku z czasów „Titanica”. Mimo rozmiarów maszyn napędzających liniowce wibracje przenoszone na kadłub statku zostały ograniczone do minimum i były niemal niewyczuwalne dla pasażerów.

Słysząc ich rozmowę, jeden z stewardów pozwolił sobie zabrać glos, sugerując, że ich przewidywania są zbyt skromne. Zdumieni jego optymizmem dyskutanci poprosili o wyjaśnienie.
-Po prostu płyniemy szybciej niż wczoraj – padła oczywista, acz niespodziewana odpowiedź stewarda.
-Skąd pan to wie?
-Od ludzi z maszynowni – wyjaśnił steward.
-To jeszcze nic nie znaczy – zaoponował Loring.
Wówczas steward poczuł się w obowiązku dostarczyć namacalny dowód swego twierdzenia. Poprosił więc Rheimsa i Loringa, by wyszli z palarni na korytarz, gdzie wzrost wibracji silników jest doskonale wyczuwalny. Panowie powątpiewali w słowa stewarda, toteż postanowili sami przekonać się o ich prawdziwoś­ci. Na korytarzu czekała ich niespodzianka. Nie można było zaprzeczyć, że wibracje wyraźnie wzrosły.
„Titanic” mknął do przodu, nie zważając na czające się w ciem­nościach niebezpieczeństwo, przekonany o własnej mocy i nad­przyrodzonych wręcz zdolnościach obserwatorów, którzy mieli w porę ostrzec przed ewentualnym zagrożeniem. W tym samym czasie inny statek przepływający w pobliżu, zatrzymał się na noc. Był to „Californian” z charakterystycznym wysokim, czerwonym kominem z czarnym pasem, zbudowany w latach 1901-1902 w szkockim porcie Dundee jako statek do przewozu bawełny. Miał długość 136 metrów i szerokość 16, a jego właścicielem była kompania Leyland Line z Liverpoolu, która zresztą, podobnie jak White Star Line, należała do wielkiego trustu żeglugowego – International Mercantile Marine Company, na czele której stał amerykański finansista John Pierpont Morgan.
Pojawienie się na scenie żeglugi handlowej kolosów, takich jak ostatnie dwa statki klasy „Olympica”, nie wykluczyło wcale z gry jednostek o znacznie mniejszej wyporności. Eksploatacja statków o mniejszej wyporności kosztowała znacznie mniej niż wielkich liniowców, choć oczywiście rozwijana przez nie prędkość, około 13 węzłów, wydawała się śmieszna w porównaniu z prędkościami wielkich transatlantyków. Kapitanem „Californiana” był bostoń- czyk, trzydziestopięcioletni Stanley Lord, mogący się poszczycić długim doświadczeniem na morzu. Zaczynał wiele lat wcześniej w kompanii West India & Pacific, zanim jeszcze została ona wchłonięta przez Leyland Line. W 1906 roku awansował na kapitana statku „Antillian”, a „Californian” był już czwartą jednostką, którą mu powierzo­no. Lord, słynący z przezornoś­ci i spokoju, już o 20.00 podwo­ił liczbę obserwatorów. W tych samych warunkach kapitan i oficerowie „Titanica” nie uznali za konieczne podję­cie takiego środka ostrożności. Kiedy tylko obserwatorzy z „Californiana” dostrzegli ciągnącą się aż po widnokrąg ławicę lodu, kapitan Lord postanowił nie ryzykować i o godzinie 22.21 (na „Tita­nicu” była wówczas 22.09) wydał rozkaz: „cała wstecz!” i kazał zatrzymać statek na noc. Dziób statku został skierowany na pół- nocny-wschód, ster obróco­ny do oporu w lewo. Kapi­tan polecił pierwszemu mechanikowi utrzymywać odpowiednie ciśnienie w kotłach tak, by w każdej chwili statek mógł wyru­szyć w dalszą drogę. Lord sam obliczył współrzędne geograficzne otoczonego przez lód statku w chwili zatrzymania: statek znajdował się w pozycji 42°03’ szerokości geo­graficznej północnej i 50°07’ długości geograficznej zachodniej.

U wybrzeży Grenlandii dryfuje szereg małych i dużych gór lodowych. Różnorodność form tych śnieżnobiałych gór wynika z prędkości ruchu lodowców, warunków klimatycznych i warunków panujących na morzu.

Kilka słów o górach lodowych
Góra lodowa, która tej zimnej nocy czekała w ciemnościach na rozpruwający fale największy transatlantyk świata, była po prostu dryfującym po powierzchni oceanu ogromnym blo­kiem lodu, oderwanym pod wpływem ruchu pokrywy lodowej od któregoś z lodowców grenlandzkich lub od paku polarnego.
W trakcie powolnego przemieszczania się w kierunku cieplej­szych mórz, góra lodowa, przenoszona przez prąd morski wraz z mniejszymi górami lodowymi i krami, stopniowo traci na masie, by ostatecznie całkowicie się roztopić. Powierzchnia naj­większych gór lodowych dochodzi do 30.000 km2, co odpowiada jednej piątej terytorium Sycylii. Niektóre góry lodowe, dryfujące po zimnych morzach, mogą przetrwać nawet blisko cztery lata. Natomiast jeśli temperatura wody przekracza 20°C, roztapiają się w ciągu kilku dni.
W warunkach spokojnego morza, jak owej kwietniowej niedzieli, w wodzie o temperaturze od 0 do 4°C góry lodowe roztapiają się z szybkością około 2 metrów dziennie, natomiast w wodzie o temperaturze od 4 do 10°C w tempie 3 metrów dziennie.
Poza tym czas topnienia góry lodowej w wodzie skraca się przy sztormowej pogodzie, kiedy do temperatury dochodzi efekt mechanicznej erozji. W czasie procesu topnienia góry lodowe powstałe na Grenlandii przyjmują zwykle kształt siodła, ponie­waż erozja jest najsilniejsza w środkowej części góry. Powoduje to znaczny spadek masy góry lodowej, a także nierównowagę między jej środkową częścią, a bokami. Wskutek tego dochodzi do zwiększenia oscylacji w przód i w tył wzdłuż głównej osi, podczas gdy oś krótsza stopniowo się skraca. Zmiany temperatu­ry dotyczą jednak tylko powierzchniowej części tej dryfującej masy lodu, natomiast jądro pozostaje zbite i utrzymuje stałą tem­peraturę od -15 do -20 °C. Góry lodowe są niebezpieczne przede wszystkim ze względu na swój kształt. Tylko jedna dziewiąta masy lodu wystaje bowiem ponad powierzchnię wody, natomiast 90% pozostaje ukryte pod wodą. Wynika to stąd, że woda w sta­łym stanie skupienia ma mniejszy ciężar właściwy niż w stanie ciekłym. W temperaturze od 4°C do 50 °C woda jest cięższa, zwiększa się jej gęstość. Natomiast kiedy temperatura spada poniżej 4°C, woda staje się lżejsza a w temperaturze 0°C, kiedy przechodzi do stałego stanu skupienia, jej ciężar właściwy spada poniżej 1 g/cm2. Dlatego góry lodowe, podobnie jak zwykła kost­ka lodu, utrzymują się na powierzchni wody.

Góra lodowa w pobliżu Grenlandii. To naturalne kolosy, których większą część ukryta jest pod wodą.

Obecność soli w wodzie morskiej powoduje, że ma ona większy ciężar właściwy, a także sprawia, że woda morska zamarza dopiero w temperaturze poniżej -2°C.
Góry lodowe są zazwyczaj białe i mają niebieskawe żyłki. Zdarzają się w nich jednak także warstwy w innych kolo­rach, prawie zawsze w odcieniach brązu. Zabarwienie gór lodowych związane jest z samym procesem ich powstawania. Silne prądy morskie oraz przypływy i odpływy powodują, że od brzegu pokrywy lodowej odrywają się ogromne bloki lodu. Opadają one na dno morskie i uderzając w nie, powo­dują zniszczenie wszystkiego, na co napotykają, do głębo­kości nawet 500 m.
Trzęsienia ziemi, powodzie i upadki meteorytów są niczym w porównaniu z niszczącą siłą góry lodowej. Kiedy te kolosy, których waga dochodzi do 2 milionów ton, uderzają w dno oceanu, niszczą wszelkie formy życia. Następuje całkowite niemal spustoszenie, z którego wycho­dzą cało tylko najmniejsze formy życia. Natomiast fauna
o rozmiarach większych niż 1 mm, zostaje całkowicie zniszczona. Mięczaki, skorupiaki i inne bezkręgowce bentoniczne, czyli zamieszkujące dno morskie i nie unoszą­ce się w morzu, zostają zgniecione. Według niektórych badaczy w wyniku uderzenia góry lodowej o dno morskie ginie aż 90 % fauny bentonicznej. To samo dotyczy roślinności, czyli fitobentosu, który zostaje zgnieciony i uwięziony w masie lodu.
Ilość i różnorodność organizmów odradzających się po uderze­niu góry lodowej w dno morskie zależy od rozmiarów góry i siły uderzenia. Zwykle odrodzenie fauny o wymiarach ponad 1 mm wymaga ponad 100 dni.
Jeśli góra lodowa ma szczególnie duże rozmiary, różnorodność form życia na dnie oceanu ulega znacznemu zredukowaniu. Zaczynają wówczas dominować gatunki o krótkich cyklach bio­logicznych, lepiej przystosowujące się do otoczenia. Zdarza się, że na odrodzenie pierwotnej fauny potrzebne są dziesiątki lat.
Góry lodowe, pchane na południe przez prądy morskie, stanowią ogromne zagrożenie dla statków płynących zwykłymi szlakami żeglugowymi. Zdarzyło się nawet, że wyjątkowo duże góry lodowe przedryfowały po oceanie ponad 4000 km, docierając do szerokości niemal tropikalnych, na południe od Bermudów.

W następnym numerze między innymi: Ostatnie ostrzeżenie z „Californiana”. Nieodebrany sygnał.

Źródło: „Titanic” zbuduj sam. Kolekcja Hachette.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s