Kolekcja Titanica – nr 54


Spis Treści:

Niedziela wieczór: zmiana wachty.

Spotkanie z „Rappahannockiem”. 

Niedziela wieczór: zmiana wachty 
Obserwatorzy ulokowani w najwyższym punkcie statku, tj. w bocianim gnieździe na głównym maszcie, starali się prze­niknąć wzrokiem otaczające ich ciemności, jak najsumienniej wypełniając rozkaz, według którego mieli zwracać szczególną uwagę na wszystkie, nawet drobne formacje lodu w pobliżu statku. 
-Zimno jak jasny gwint – powiedział Archie Jewell. 
-Mhm! Sądząc po zapachu, lód nie może być daleko – odpo­wiedział George Symons. 
Stary wilk morski, Symons, był głęboko przekonany, że obecność lodu można wyczuć po charakterystycznym zapachu w powie­trzu. Praca obserwatorów w takich warunkach była niezwykle wyczer­pująca. O tej porze przedpołudniowe słońce było już tylko dale­kim wspomnieniem, które z pewnością nie mogło zatrzeć odczu­cia przejmującego chłodu nocy. Ocean zdawał się nienaturalnie spokojny. Prąc naprzód, „Titanic” rozcinał czarną taflę na pół, podnosząc przy rufie dwie wysokie fale, przechodzące w fosforyzujący, biały kilwater. Przed dziobem trans­atlantyku panowały nieprzeniknio­ne ciemności, a powierzchnia oceanu była płaska jak stół, toteż dostrzeżenie białawej fali u podnóża ewentualnej góry lodowej graniczy­ło z cudem. 
Obserwatorzy mieli w gnieździe bardzo niewiele miejsca, a pęd mroźnego powietrza powstający w związku z przemieszczaniem się statku z prędkością przewyższającą 22 węzły sprawiał, że chłód przeni­kał ich do szpiku kości. Narażone na silny wiatr oczy zaczerwieniły się i obficie łzawiły. Dodatkowym problemem był brak lornetki, która zapodziała się gdzieś po wyjściu z portu w Southampton. Niektórzy sugerują, że to zwolniony oficer, zmuszony w ostatniej chwili do opuszczenia pokładu, dla odwetu zamknął ją w szafce. Jakby nie było, za paradoks należy uznać fakt, że w warunkach podbieguno­wego zimna obserwatorzy pełniący wachtę na tym supernowoczesnym statku musieli się obyć bez tego podstawowego przyrządu. „Titanic” znajdował się już w tej strefie Północnego Atlantyku, gdzie można było spotkać wielkie góry lodowe, stanowiące poważne zagrożenie zwłaszcza w trakcie nawigacji nocą. 

Wyrwa i sterczące kable telefoniczne wskazują na miejsce, w którym na głównym maszcie „Titanica” zamontowane było bocianie gniazdo. W czasie tonięcia statku maszt złamał się u podstawy i upadł na mostek. 
 Obserwatorzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że bezpieczeń­stwo statku zależy od zaangażowa­nia wszystkich członków załogi oraz sumiennego wypełniania rozkazów i zadań. Ocean można było przemie­rzać po ciemku, co skądinąd zawsze czyniono, jednak w razie nagłego pojawienia się jakiejś przeszkody powodzenie manewru uniku zależało od tego, czy obserwatorzy zdołali odpowiednio wcześnie wypatrzyć ją i przekazać ostrzeżenie na mostek. 
Wszyscy wiedzieli też, że lód powoduje powstanie zamglenia, w którym mogą ukrywać się różnego rodzaju lodowe formacje. Zdarzało się, że zamglenie niewidoczne z rufówki i z mostku można było dostrzec z bocianiego gniazda. Toteż zarówno Jewell, jak i Symons, zdawali sobie sprawę z tego, jak wielka spoczywa na nich odpowiedzialność. Mimo zastosowa­nej na „Titanicu” nowoczesnej technologii to oko człowieka miało zadecydować, czy jednostce uda się uniknąć spotkania z górą lodową. 
Palacze i maszynowi w trakcie pracy w trzewiach statku. Tutaj, przy rozpalonych paleniskach, warunki meteorologiczne były niewyczuwalne, a określenie dzień i noc niemal traciły swoje znaczenie. Jedynymi sygnałami docierającymi z zewnętrznego świata były sygnały telegrafów maszynowych, które określały zmianę obrotów silników. 
 

Drugi oficer Lightoller, który w tym czasie dowodził na mostku, obliczył w przybliżeniu, że „Titanic” przepłynął kilka mil na południe od góry lodowej, przed którą parę godzin wcześniej ostrzegał „Califor­nian”. Lightoller nie znał jednak depeszy prze­słanej przez pasażerski liniowiec „Mesaba”, w której podano współrzędne rozległej strefy występowania gór i pól lodowych. A „Titanic” właśnie się w nią zapuszczał. 
Zgodnie ze skrupulatnymi obliczeniami wykona­nymi przez szóstego oficera Moody’ego góry lodowe miały pojawić się przed dziobem „Titanica” nie wcześniej niż o godzinie 23. Na kwadrans przed zmianą wachty podoficer pełniący służbę zameldował Lightollerowi o wynikach pomiarów temperatury powietrza, wody, ciśnienia i przebytego dystansu. W trzewiach transatlantyku, zgodnie z rozkazem pierwszego mechanika Josepha Bella, palacze zwiększyli szybkość dorzucania węgla do pieców. Choć rozkaz pochodził od Bella, dla nikogo nie było tajemnicą, że w gruncie rzeczy chodziło o uczynienie zadość zachciance podróżującego „Titanikiem” prezesa White Star Line, który wziął sobie za punkt honoru, by statek przybił do nowojorskiego nabrzeża we wtorek wieczorem. 
Hałas maszyn wzmagał się wraz z liczbą obrotów, która urosła do 75 na minutę. Tak wysokich obrotów nie zanotowano od początku rejsu. Prędkość „Titanica” przekroczyła znacznie dwa­dzieścia dwa węzły i wciąż rosła. W kabinie radiowej starszy radiotelegrafista John Phillips nadawał depesze do stacji przekaź­nikowej w Cape Race. Tam, w radiostacji oddalonej o około sto mil od płynącego ,Titanica” pracował właśnie jego bliski przyja­ciel, Gray, więc Phillips pozwolił sobie na krótką pogawędkę. 

Mrok ukrył przed oczami pasażerów dym dobywający się z kominów „Titanica”. Był on coraz gęstszy ze względu na zwiększenie liczby obrotów. Stało się tak z woli Bruce Ismaya, który pragnął, by „jego” statek przybił do nowojorskiego nabrzeża z dużym wyprzedzeniem w stosunku do przewidywanego czasu. Jednak wzrost prędkości zbiegł się nieszczęśliwie ze zbliżaniem się strefy lodów. 
 

Nie omieszkał pochwalić się, że pracuje na najwspanialszym transatlantyku świata, którego pasażerami są bogacze i najważ­niejsze osobistości Europy i Ameryki. Na te kilka słów znalazł jakoś czas, na przekazanie na mostek depeszy od „Mesaby” 
– niestety nie. 
Dokładnie o godzinie 22 nastąpiła zmiana wachty. Pełniący służ­bę marynarze mogli wreszcie schronić się w ciepłych kajutach. Przyszła kolej na następnych. Na czterokrotny dźwięk dzwonka oznaczający zmianę wachty Archibald Jewell i George Symons odetchnęli z ulgą. Ich praca dobiegła pomyślnego końca i mogli udać się na spoczynek, żeby odpocząć przed następną wachtą o świcie. Przez następne dwie godziny w bocianim gnieździe mieli marznąć inni dwaj obser­watorzy. 
W tym samym momencie po kręconych schodach głównego masztu do bocianiego gniazda weszli Frederick Fleet i Regi- nald Robinson Lee, którzy mieli zmienić przemarzniętych na kość kolegów. Symons prze­kazał im, jakie otrzymał rozka­zy, dodając, że rozkaz pocho­dzi od oficera wachtowego: 
-Uważajcie na lód, zwłasz­cza małe góry lodowe i poje­dyncze bryły lodu. 
Zgodnie z regulaminem Fleet i Lee powtórzyli rozkaz na głos, po czym życząc kolegom odpoczynku w cieple, zajęli ich miejsca. Archie i George nie czekając ani chwili, ruszyli w dół schodami, by jak naj­szybciej dotrzeć do ciepłych i suchych kajut. Nowi obser­watorzy zaczęli z uwagą wpa­trywać się w horyzont. Co pół godziny mieli odpowiadać na dźwięk dzwonka podoficera wachtowego, powtarzając taką samą liczbę uderzeń i wołając: 
-Obserwatorzy na wachcie! 
Światła burtowe zapalone. Analogiczna scena rozegrała się w tym czasie w sterówce. Robert Hitchens, wysłuchawszy rozkazów Lightollera, ujął mocno koło steru, zmieniając Alfreda Olłivera. 
-N 71 W – powiedział Ołliver, przekazując koledze aktualny kurs „Titanica”. 
-N 71 W – powtórzył jak echo Hitchens, rzucając okiem na podświetloną szafkę kompasową. Zmiana wachty nastąpiła także na mostku. Tam William McMaster Murdoch zluzował Lightollera. 
-Strasznie zimno – stwierdził Murdoch, ubrany zresztą w płaszcz. 
-Lodowato – potwierdził Lightoller. 
Temperatura powietrza spadła do 31° Fahrenheita. Zgodnie z regulaminem Lightoller poinformował oficera przejmującego dowodzenie, jakim kursem płynie „Titanic”, pokazał, gdzie znajduje się statek na mapie nawigacyjnej i podał prędkość. Pomiary wykonane przy pomocy logu „Cherub” wykazały, że w ciągu ostatnich dwóch godzin „Titanic” pokonał dystans 45 mil, czyli posuwał się do przodu z prędkością 22,5 węzła. Następnie Ligh- toller przekazał Murdochowi informacje na temat warunków atmosferycznych: pogoda była wciąż piękna, niebo bez chmurki, brak wiatru, a morze całkowicie spokojne. 
Zwyczajowo oficer kończący wachtę zatrzymywał się na mostku kilka minut dłużej, by dać kolegom czas na przyzwyczajenie się do ciemności. I tym razem rozmowa zeszła nieuchronnie na góry lodowe, podobnie jak godzinę wcześniej rozmowa kapitana Smi­tha i Lightollera. Oficerowie wymienili uwagi, na temat sytuacji statku. Zgadzali się co do tego, że całkowity brak wiatru, a tym samym niespotykanie spokojna powierzchnia oceanu w połącze­niu z brakiem księżyca sprawiały, że rosło niebezpieczeństwo zauważenia góry lodowej z opóźnieniem. Dotyczyło to szczegól­nie gór, które dopiero co „przekoziołkowały” pod wodą, a zatem widocznych od ciemnej strony. 
Żaden z nich, mimo długich lat służby na morzu, nigdy nie spotkał takich warunków o tej porze roku. Niezwykłe było zarówno to, że strefa lodu wysunęła się tak daleko na południe, jak i nadzwyczaj spokojny ocean. 
– Do strefy lodu powinniśmy się zbliżyć koło 23 – ostrzegł Lightoller. 
Cały problem tkwił w widoczności. Stojąc ramię, w ramię ofice­rowie wpatrywali się w mrok przed dziobem statku, jakby tam znajdowała się odpowiedź na ich obawy. Co prawda niebo rozświetlone było gwiazdami, ale jego linia zetknięcia z wodą nikła w ciemności. Oficerowie zadawali sobie w myślach jedno pytanie: czy światło gwiazd wystarczająco oświetli ewentualną górę lodową? 
Kończąc raport, Lightoller zapoznał Murdocha z treścią rozka­zów wydanych obserwatorom oraz powiadomił, jakie środki ostrożności polecił podjąć cieśli i pierwszemu mechanikowi w celu zapobieżenia zamrożeniu słodkiej wody w rurach i w zbior­nikach. Lightoller przekazał też pierwszemu oficerowi, że kapi­tan kazał sobie dać znać w razie jakichkolwiek kłopotów i osła­bienia widoczności. Na koniec oficerowie nie omieszkali wymie­nić kilku pełnych zachwytu uwag na temat „Titanica”. Mimo że silniki pracowały na maksymalnych obrotach, wibracje na most­ku były ledwie wyczuwalne, a brak fal dodatkowo zwiększał stabilność statku. W dzienniku pokładowym Murdoch zanotował u dołu strony, kiedy statek znajdzie się w strefie zagrożenia lodem. 
Pożegnawszy się z oficerami na mostku, Lightoller odbył krótki obchód po pokładach, sprawdzając, czy wszyscy członkowie załogi znajdują się na stanowiskach. Teraz mógł spokojnie udać się do kabiny na spoczynek. 

Bezksiężycowa noc i gładka jak stół powierzchnia oceanu utrudniały dostrzeżenie gór lodowych, przed którymi ostrzegały „Titanica” inne statki. Mimo to „Titanic” z dużą prędkością posuwał się właśnie w tym kierunku. 
 

Spotkanie z „Rappahannockiem” 
Po ostrzeżeniach przed górami lodowymi nadesłanych z „Caro- nii”, „Baltica”, „Ameriki”, „Californiana” i „Mesaby”, o godzinie 22.30 „Titanic” otrzymał kolejne ostrzeżenie. Tym razem nie dotarło ono do przeładowanej pracą radiostacji, lecz bezpośred­nio na mostek, gdzie od blisko pół godziny dowodził pierwszy oficer William McMaster Murdoch. Z bocianiego gniazda zauważono parowiec kierujący się na wschód. Był to płynący z Halifaksu „Rappahannock”, dowo­dzony przez kapitana Alberta E. Smitha. W chwili, kiedy został zauważony, znajdował się w odległości kilku mil na północ od „Titanica”. 
„Rappahannock”, statek handlowy należący do brytyjskiej kom­panii Furness Withy, na krótko przedtem przebył rozlegle pole lodowe, odbywając istny slalom między górami lodowymi i bryłami lodu, lecz mimo starań załogi i kapitana wyszedł z tego z drobnymi uszkodzeniami steru. 
Kapitan tego statku nie był krewnym E.J. Smitha. Łączyła go z nim tylko przypadkowa zbieżność nazwisk. W czasie tego rejsu zastąpił starszego kolegę, którego na lądzie zatrzymały problemy zdrowotne. Kiedy z „Rappahannocka” dostrzeżono „Titanica”, kapitan wydał rozkaz, by przy pomocy specjalnych reflektorów zasygnalizować alfabetem Morse’a nazwę statku i poprosić o przedstawienie się. Na odpowiedź „Titanica” także nadaną alfabetem Morse’a, AE. Smith ostrzegł: 
-Dopiero co przepłynęliśmy przez pole grubego lodu i obok kilku gór lodowych. 
-Odebrane. Dziękujemy, dobranoc – kazał odpowiedzieć Murdoch. 
„Titanic” był już w centrum strefy, której współ­rzędne godzinę wcześniej podała „Mesaba” i choć depesza została w kabinie radiowej pod przyci­skiem do papieru, nie zmieniłaby ona w znaczny sposób obrazu sytuacji, zważywszy, że kapitan Smith i jego oficerowie zdecydowani byli nie zatrzymywać statku na noc. 
Ostrzeżenie „Rappahannocka” było co prawda najbardziej bezpośrednie z dotychczasowych, a poza tym nie mogło być opacznie zrozumiane, jednak dowodzący na mostku Murdoch, świadomie postanowił przyjąć wyzwanie czekające nań w ciemnościach, dokładnie przed dziobem wspania­łego transatlantyku. Utrzymał ten sam kurs co przedtem i tę samą prędkość, potwierdzone przez kapitana E. J. Smitha przed udaniem się na spoczy­nek i przekazane Murdochowi przez Lightollera. 
Największy parowiec świata płynął więc dalej z maksymalną w czasie tej podróży prędkością około 22,5 węzła. Światła parowca Furness Withy wkrótce znikły w oddali. 

W następnym numerze między innymi: Niebezpieczeństwo w mroku: góra lodowa. 

Źródło: „Titanic” zbuduj sam. Kolekcja Hachette.

Advertisements

3 responses to “Kolekcja Titanica – nr 54

  1. Dużo mówi się o statkach z przełomu 19 i 20 wieku ale mało mówi się o np. wielkiej czwórce white star line

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s