Kolekcja Titanica – nr 53


Spis Treści:

Niedziela 14 kwietnia: po kolacji.

„…za tych co w morzu mogą zginąć”.

Niezapomniany koncert.

W palarni.

Niedziela 14 kwietnia: po kolacji 
Po kolacji znacznie się ochłodziło, toteż gdy tylko zapadł zmrok, odkryte pokłady „Titanica” opustoszały, a w kabinach włączono elektryczne grzejniki. Tylko niewielka grupka, nie zważając na przejmujący chłód, została na pokładzie szalu­powym, by do końca podziwiać niezwykłe widowisko zachodu słońca. Do grona wytrwałych należał m.in. wielebny John Har- per, pastor kościoła baptystycznego. Z podróżującym pierwszą klasą potentatem prasowym Henrym Sleeperem Harperem nie łączyło go żadne pokrewieństwo, a jedynie zwykła zbieżność nazwisk. Pastor Harper podróżował drugą klasą w towarzystwie sześcioletniej córeczki o imieniu Nina, osieroconej przez matkę przy urodzeniu oraz szwagierki Jessie, która opiekowała się dziewczynką. Celem ich podróży było Chicago, dokąd John Harper udawał się już po raz drugi na serię spotkań ewangeli­zacyjnych, na które zaproszono go w związku z powodzeniem pierwszego cyklu zorganizowanego w listopadzie i grudniu poprzedniego roku.

„Koniec kolacji”, obraz olejny na płótnie pędzla francuskiego malarza Julesa Alexandra Gruna (1868-1938) powstał w epoce „Titanica”. Artyście udało się doskonale ukazać atmosferę eleganckich wieczorów na początku XX wieku. W niedzielę wieczór, po zakończeniu wystawnej kolacji, zadowoleni goście pierwszej klasy toczyli przyjemne pogawędki w oczekiwaniu na koncert.

Teraz stał na pokładzie, w zamyśleniu wpatrując się w horyzont. Mimo chłodu nie zamierzał rezygnować z podziwiania wspaniałe­go zachodu słońca, miał on bowiem dla niego głębszy, duchowy wymiar jako wyraz obecności Najwyższego w świecie. Zdecydował się opuścić pokład szalupowy dopiero wtedy, kiedy na widnokręgu pozostała już tylko ledwie widoczna smuga światła. Z rozkoszą wciągnął w płuca haust zimnego powietrza. Delikatnie pogłaskał Ninę po głowie, zapewniając, że czeka ich kolejny dzień pięknej pogody i wszyscy razem ruszyli do wyjścia.
W tym samym czasie w angielskim pubie położonym na pokładzie C pasażerowie trzeciej klasy urządzili sobie potańcówkę. Ktoś zaczął śpiewać, ktoś inny grać na zabranych w podróż instrumentach muzycznych, zaraz znaleźli się chętni do tańca i już wkrótce w pubie toczyła się huczna zabawa. Nagle pod nogami tancerzy nie wiadomo skąd pojawił się szczur, wywołując nie­małe zamieszanie. Piski pań sprawiły, że mężczyźni po rycersku ruszyli w pogoń za straszliwym zwierzem. Okazało się to jednak wcale niełatwe. Intruzowi udało się jakoś wymknąć i już po chwili, w ferworze tańca i zabawy zapomniano o tym nieprzyjemnym incydencie. Tym pasażerom trzeciej klasy, którzy mieli za sobą lata życia w ubóstwie i rozpaczy, te chwile wydawa­ły się przedsionkiem raju, czekającego na nich po drugiej stronie oceanu. Im nie trzeba było do szczęścia starannie przygotowane­go wieczoru i eleganckiej orkiestry jak na pokładzie A, gdzie bawili się zamożni pasażerowie transatlantyku. Tutaj, w pubie trzeciej klasy rozbrzmiewały autentyczne, płynące z serca rytmy ludowych piosenek, a wspólny taniec i zabawa budziły braterskie uczucia wśród tych emigrantów pochodzących z różnych, odległych krajów.

„Wieczór”, fragment obrazu francuskiego malarza Jeana Berauda (1849-1953). Po kolacji pasażerowie „Titanica” zebrali się w palmiarni, by posłuchać orkiestry, podzielić się pierwszymi wrażeniami na temat wieczoru i opowiedzieć o tym, co zamierzają robić po przybyciu do Nowego Jorku.

„…za tych, co w morzu mogą zginąć” 
O godzinie 21 w jadalni drugiej klasy, na pokładzie D, wielebny Carter zaintonował pierwszy hymn. Zaproszenie Cartera na tra­dycyjne, niedzielne śpiewanie hymnów przyjęła blisko setka osób. Zgromadzonym miał akompaniować na pianinie młody szkocki inżynier Douglas Nornam, który podróżował „Ttanikiem”, by udać się Góry Skaliste do brata. Do udziału w modlitwach dała się także namówić Marion Wright, która w ciągu ostatnich dni leczyła wielebnego Cartera z silnego przeziębienia. Swoim dźwięcznym, kształconym głosem Marion zaśpiewała solo m.in. „Lead Kindly Light” („Prowadź nas o zbawcze światło”). Tema­tem wielu pieśni były niebezpieczeństwa zagrażające na morzu. Wzruszenie zgromadzonych sięgnęło szczytu w czasie wspólnego śpiewania hymnu „Eternal Father, Strong to Save…” („Przedwieczny Ojcze”): „Przedwieczny Ojcze, któryś mocen jest ocalić, którego dłoń pęta nakłada niespokojnej fali, który potężne i głębokie morze trzymasz, by tkwiło tam, gdzie jego łoże, wysłuchaj nas, do Ciebie modły nasze płyną za tych, co w morzu mogą zginąć” (przekład Marka Urbańskiego).
Nawet zrównoważona zazwyczaj żona pastora Cartera, Lilian, przykryła twarz dłońmi, by ukryć emocje. Nie była to tylko kobieca nadwrażliwość. Wielu mężczyzn zareagowało podobnie, nie wstydząc się oczu wilgotnych ze wzruszenia. Śpiewanie hymnów przeciągnęło się do 22. Na zakończenie wielebny Carter serdecznie podziękował pomocnikowi intendenta Barkerowi za to, że zgodził się na zorganizowanie nabożeństwa. Ciepłe słowa skierował też do White Star Line, dziękując za doskonałe przygotowanie rejsu na wspaniałym transatlantyku. Nie wszyscy jednak podzielali opinię pastora. Mniej więcej w tym samym czasie pewna starsza pani zaczęła mieć złe przeczucia. Spacerowała właśnie po pokładzie o przeszklo­nych ścianach w towarzystwie córki i wnuczka, kiedy niespodzie­wanie wydało się jej, że słyszy pianie koguta. Dla niej, mieszkan­ki Kornwalii, oznaczało to nieomylną zapowiedź czekającego wszystkich nieszczęścia.

(U góry). Fragment palmiarni, z której przechodziło się do palarni. (Poniżej). Palarnia, przypominająca salon w wielkiej angielskiej siedzibie w stylu georgiańskim (odmiana klasycyzmu), była jednym z najbardziej ekskluzywnych i luksusowych pomieszczeń.

Niezapomniany koncert
W czasie tego wspaniałego wieczoru dla pasażerów pierwszej klasy przewidziano także specjalną atrakcję: koncert orkiestry pod batutą Wallace’a Hartley’a, który miał się odbyć w Palmiar- ni, znajdującej się na pokładzie A Zaraz po kolacji wypełniła się ona pasażerami, którzy zajęli miejsca przy stolikach. Panowie w wieczorowych strojach powoli popijali kawę, wodząc spojrze­niem po paniach w sali i układając w myślach osobisty ranking urody dam. Orkiestra była świetnie przygotowana, a wybrane przez dyrygenta utwory trafiły w gusta publiczności. W czasie wieczorów na „Titanicu” Hartley dowiódł, że obdarzony jest owym szczególnym rodzajem wrażliwości, który pozwalał mu wyczuć nastroje słuchaczy. Dzięki temu był w stanie dobierać utwory, które najlepiej pasowały do panującej atmosfery. Także tego wieczora dobór repertuaru okazał się strzałem w dziesiątkę. Koncert zamknął fragment z „Opowieści Hoffmanna” francu­skiego kompozytora Jacquesa Offenbacha. Hartley uważał, że lepiej nadaje się on taką okazję od utworów obu Straussów, syna i ojca, a także Lehara, ze względu na taneczny rytm i większą równowagę formalną. Wielu obecnych oglądało już tę ope­retkę w którymś z wielkich teatrów europejskich, a poza tym niektórzy z pasażerów, między innymi grupa Kanadyj­czyków, w czasie podróży po Europie bawili w Wenecji, gdzie m.in. toczy się akcja słyn­nej operetki, toteż wykonanie nagrodzono prawdziwą owacją.

W palami 
Po kolacji niemal obowiązko­wy był dla panów przystanek w palarni. Udawali się tam grupkami lub samotnie, by spotkać inne ważne osobistości i zakończyć dzień niezobowią­zującą pogawędką. W skład jed­nej z tego rodzaju grupek wchodził pułkownik Archibald Gracie, Edward Austin Kent i James Clinch Smith. Panowie zjedli kolację przy jednym sto­liku, wysłuchali koncertu, a potem udali się do palarni, by tam ciągnąć rozmowę. Inna grupka uformowała się w restauracji „a la carte” podczas kolacji wydanej przez państwa Widenerów na cześć kapitana Smitha. Poza Georgom Dunto- nem Widenerem weszli do niej także major Archibald Butt, William Carter i Clarence Bloomfield Moore. Ten ostatni, czterdziestosiedmioletni Amery­kanin z Washington D.C, bawił współtowarzyszy, opowiadając między jednym a drugim rozdaniem o swoich niezliczonych przygodach w górach stanu Virginia, m.in. o tym, jak pomógł pewnemu dziennikarzowi przeprowadzić wywiad z ukrywającym się tam kapitanem Anse Hatfieldem poszukiwanym przez policję. Przy sąsiednim stoliku rozgrywała się inna partia. Jeden z graczy, Frank D. Millet, zabawiał z kolei graczy opisem przygotowań do planowanej przezeń wyprawy na Wschód w którą chciał wyruszyć wkrótce po przybyciu do Ameryki.
Nie wszyscy panowie przychodzili do palarni po to, by udzielać się towarzysko. Byli i tacy, którzy chcieli po prostu poczytać dobrą książkę, ale woleli to robić tutaj, w gronie innych pasaże­rów, a nie w samotności w kabinie. Pułkownik Archibald Gracie nie przerwał swojego polowania na znane osobistości, z którymi mógłby wymienić kilka żartobli­wych uwag. Tym razem jego łupem padł kapitan Edward Crosby i prezes kanadyjskich kolei, Charlesa Melville Hays, który porównawszy transport kolejowy z morskim, niespodziewanie wyrzekł prorocze słowa:
– Od jakiegoś czasu White Star, Cunard i Hamburg-Amerika ścierają się w walce o supremację, budując coraz bardziej imponu­jące statki. Ale już niebawem nadejdzie moment, kiedy skończy się to największą i najbardziej przerażającą katastrofą na morzu. Szczerze mówiąc w trakcie podróży, której przebiegowi nic nie można było zarzucić, słowa te zabrzmiały niezbyt na miejscu. Nic dziwnego, że wywołały one niemałe zażenowanie.

Mrs Emma Eliza Bucknell od chwili zaokrętowania w Cherbourgu pani Bucknell nie czuła się na „Titanicu” bezpiecznie. Zbliżenie się do strefy lodu sprawiło, że odżyły w niej wspomnienia dotyczące tragicznego przeżycia męża, który w młodości cudem uniknął śmierci po zderzeniu statku z górą lodową. Ale i tym razem los miał się dla niej okazać pomyślny, pozwalając jej przeżyć tragedię.

Pułkownik Archibald Gracie skwapliwie z niego skorzystał i pożegnał się z towarzystwem pod pretekstem dbałości o kondy­cję fizyczną. Polecił stewardowi Charlesowi Cullenowi, by zbu­dził go następnego ranka na tyle wcześnie, by zdążył na partię squasha. Potem planował ćwiczenia w siłowni, a następnie pływa­nie w basenie, a wszystko to przed śniadaniem o godzinie 8.
Na rejs „Titanica” i sam transatlantyk zeszła także rozmowa Irlandki Mrs Margaret Brown i Emmy Elizy Bucknell, jej przyja­ciółki z Filadelfii, żony „Williama Roberta Bucknełla, założyciela nazwanego jego imieniem uniwersytetu w Filadelfii. Mrs Bucknell, kobieta już sześćdzie­sięcioletnia, obstawała przy przekonaniu, które zrodziło się w niej w czasie opuszczania Cherbourga we Francji. Według niej wspaniały statek skrywał jakąś przerażającą tajemnicę, któ­rej niespodziewane ujawnienie się miało spowodować wielką kata­strofę. Mrs Brown nie brała sobie do serca tych czarnych przewidy­wań. Przeciwnie, starała się raczej rozwiać obawy przyjaciółki, dowodząc, że nowy transatlantyk pewnie przemierza ocean. Wkrót­ce obie panie, zmęczone życiem towarzyskim, podobnie jak więk­szość dam podróżujących pierw­szą klasą, udały się każda do swo­jej kabiny.

W następnym numerze:

Niedziela wieczór: zmiana wachty.

Spotkanie z „Rappahannockiem”.

Źródło: „Titanic” zbuduj sam. Kolekcja Hachette.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s