Kolekcja Titanica – nr 52


Spis Treści:

Niedziela wieczór: coraz bliżej lodu.

W kierunku gór lodowych.

Kapitan wchodzi na mostek. 

Niedziela wieczór: coraz bliżej lodu 
W marynarce wachty wyznacza się w ten sposób, by następowała rotacja załogi. Dlatego czterogodzinną wachtę od 16 do 20 zwyczajowo dzieli się na dwie części, by zapewnić równomierny podział zadań między poszczególnych członków załogi w ciągu doby. Stąd też przed wachtą wie­czorną od 20 do 24 i tzw. psią wachtą, od dwunastej w nocy do czwartej rano, wprowadza się dwie krótkie, dwugodzin­ne wachty.

W sobotę i w niedzielę radiooperatorzy „Titanica” odebrali liczne depesze z ostrzeżeniami przed górami lodowymi, niektóre retransmitowane przez inne statki. Telegram na zdjęciu został nadany z „Baltica” po otrzymaniu depeszy z greckiego parowca „Athenai”

Obserwatorom trzymają­cym wachtę w niedzielne popołudnie kazano pod­woić czujność, choć „Titanic” nie dotarł jeszcze do strefy, w której należało się spodziewać gór lodowych. W czasie drugiej dwugo­dzinnej wachty służbę na mostku objął trzeci oficer Pitman i piąty oficer Lowe. O godzinie 19 depesza z „Baltica”, odebrana przez radiotelegra­fistów o 13.42 tego popołudnia, okrężną drogą dotarła wreszcie do kabiny nawigacyjnej. Kapitan Smith, przechodząc przed kolacją przez palarnię, zobaczył prezesa Ismaya zajętego roz­mową z kilkoma pasażerami pierwszej klasy. Na pytanie, czy zapoznał się z treścią depeszy, prezes udzielił lakonicznej odpo­wiedzi, po czym włożył rękę do kieszeni, wyciągnął z niej kartkę i oddał ją kapitanowi. Ten kazał ją czym prędzej dostarczyć na mostek i powiesić w kabinie nawigacyjnej, żeby wszyscy ofice­rowie obejmujący służbę tej nocy, mogli się z nią zapoznać. Pierwszy oficer Murdoch miał wobec Lightollera mały dług wdzięczności, jako że ten zastąpił go na jakiś czas w porze lunchu. Teraz więc przyszedł na mostek, by zluzować Lightołlera, umożliwiając mu zjedzenie kolacji. Zaraz po 19 rozpoczął krótki obchód, by sprawdzić, czy podjęto wszelkie niezbędne środki ostrożności w związku ze zbliżaniem się do niebezpiecznego obszaru.

U góry dokładny opis mostka a poniżej jego model

W kierunku gór lodowych
Trymer Samuel Ernest Hemming, odpowiedzialny za oświetlenie „Titanica”, skończył właśnie kontrolę świateł używanych w czasie nocnej nawigacji i przyszedł na mostek, by złożyć meldunek oficerowi wachtowemu. Potwierdził, że zapalono wszystkie światła zgodnie z regulaminem, po czym odmeldował się.
Kiedy wychodził z kabiny nawigacyjnej, Murdoch zatrzymał go, bowiem przypomniał sobie coś jeszcze. Z przedniego luku for- kasztelu sączyło się jasne światło, zdaniem pierwszego oficera na tyle silne, by ograniczać widoczność obserwatorom w bocia­nim gnieździe, a nawet oficerom na mostku. Całkowita ciemność była konieczna, by nocą dostrzec cokolwiek na czarnej jak smoła powierzchni oceanu. Pierwszy oficer polecił więc zamknąć klapę lukową, co Hamming uczynił oso­biście przed zejściem pod pokład. Także w sterówce podniesiono wszystkie żaluzje, by zapewnić widoczność oficerom i załodze peł­niącej służbę nocą. W ciemności jar­zyło się tylko światełko busoli i podświetlona mapa nawigacyjna, na której wytyczano kurs.
W kabinie radiowej trwała wytężona praca. Operatorzy zmieniali się przy kluczu telegraficznym, by zapewnić ciągłość funkcjonowania radiostacji. Od chwili wyruszenia w morze wysłali już ponad 250 prywatnych depesz, nie licząc zwykłej łączności związanej z nawigacją. Ta ostatnia zyskała prio­rytetową rangę w związku z ciągłymi ostrzeżeniami wysyłanymi przez statki, które przepływały przez strefę gór lodowych, w pobliżu słynnego paku u wybrzeży Nowej Fundlandii – kró­lestwa dalekomorskich kutrów rybackich. Poza tym radiostacja „Titanica” pełniła funkcję stacji przekaźnikowej między innymi statkami. Wiele kutrów rybackich nie dysponowało radiostacjami dużej mocy, umożliwiającymi nawiązanie bezpośredniej łączności z Cape Race, toteż chcąc przekazać do Urzędu Hydrograficz­nego informacje na temat napotkanego lodu, zwracały się o pomoc do „Titanica”.
W tym czasie służbę w kabinie radiowej pełnił Harold Bride. Zajęty był sporządzaniem codziennego raportu obejmującego wykaz nawiązanych połączeń. Na blisko godzinę wyłączył nadajnik, by uniknąć przegrzania prądnicy. Dlatego nie odebrał ważnej depeszy wysłanej w tym czasie z „Californiana” (o którym pisałem TUTAJ). Odebrał ją dopiero o godzinie 19.30, kiedy ponownie włączył radiostację. „Californian”, należący do Leyland Line, płynął na Boston kursem prawie równoległym do „Titanica”, tyle że około dwadzieścia mil bardziej na północ i w tym momencie nadawał akurat do innego statku tego samego armatora: „Do kapitana «Antilliana». Godzina 18.30 czasu miejscowego. Szerokość 42°03’N, długość 49°09’W. Trzy duże góry lodowe w odległości pięciu mil na południe od nas”. Bride osobiście zaniósł tę depeszę na mostek i przekazał jednemu z oficerów. Nie mógł przekazać jej kapitanowi, jako że ten bawił w tym cza­sie w restauracji, gdzie był gościem honorowym na przyjęciu wydanym przez państwa Widener. Zaraz potem Bride wrócił do kabiny radiowej, by nawiązać łączność z Cape Race. Radiostacja ta była już na tyle blisko, że nie nastręczało to większych trud­ności.
Bride doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mimo wszelkich starań, i jego, i starszego radiotelegrafisty Phillipsa, w ciągu najbliższych godzin pracy wcale nie ubędzie. Wiedział też, że w gruncie rzeczy nikt na pokładzie, poza oczywiście jego zwierzchnikiem, nie przejmuje się w najmniejszym stopniu ilością depesz do nadania.
Wkrótce z kolacji wrócił drugi oficer Lightoller. Zaraz po wyjściu na pokład poczuł, że z nadejściem wieczoru z każdą chwilą robi się zimniej. Murdoch, rzuciwszy okiem na termometr, potwier­dził jego spostrzeżenie. W ciągu ostatniej godziny temperatura spadła do zaledwie 39 stopni Fahrenheita (tj. 4°C), czyli aż o czte­ry stopnie.
Nie było wątpliwości, że strefa lodu jest już w pobliżu, ukryta w ciemności. W tej sytuacji najważniejsze było, by możliwie naj­precyzyjniej określić, kiedy „Titanic” znajdzie się w pobliżu. Lightoller polecił więc trzeciemu oficerowi Pitmanowi przepro­wadzenie stosownych pomiarów w celu wyznaczenia pozycji statku. Do określenia szerokości geograficznej potrzebne były trzy pomiary i tyle samo do wyznaczenia długości. Potem obyd­waj udali się do kabiny nawigacyjnej, by kontynuować obli­czenia. W tym samym czasie piąty oficer, Lowe, zmagał się z obliczeniem przesunięcia kątowego, by opierając się na liczbie obrotów silników, nanieść niezbędne poprawki na wyznaczoną pozycję statku. Wyniki obliczeń miały być przekazane kapitano­wi i kolejnym oficerom wachtowym pełniącym służbę tej nocy. Kilka minut po 20 na mostek przyszli czwarty oficer Boxhall i szósty oficer Moody, by zluzować kolegów Pitmana i Lowe’a. Zaraz też zabrali się do pomiarów i obliczeń. Wynikało z nich, że „Titanic” wejdzie w strefę występowania gór lodowych nie wcześ­niej niż o godzinie 23. O godzinie 20 Fleeta i Lee w bocianim gnieździe zastąpili Jewell i Macdonald Symons. Trzeba przyznać, że tego wieczora ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Mimo ciepłych ubrań chłód przenikał ich do szpiku kości i to nie tylko ze względu na niską temperaturę, ale i z powodu pędu powietrza powstającego wskutek przemieszczania się statku.

Za panelami, którymi obito ściany korytarzy i sal „Titanica”, biegły kilometry przewodów elektrycznych, doprowadzonych z potężnych generatorów podłączonych do turbin nepędowych. W korytarzach rozlokowano też tablice rozdzielcze do regulacji ogrzewania dając ciepło które wybiegało między innymi z takich grzejników.

O godzinie 20.15 „Californian” znalazł się na krawędzi pola lodo­wego o długości kilku mil. Ten niewielki parowiec o wyporności 6000 BRT przewoził pasażerów na trasie Londyn-Boston. Choć na pokładzie nie było pasażerów, kapitan Stanley Lord uznał, że najlepiej będzie zastopować maszyny, przeczekać noc, dryfu­jąc łagodnie z prądem i dopiero za dnia szukać jakiegoś przejścia przez pole lodowe.
Dokładnie w tym samym momencie oficer wachtowy na „Titanicu” podejmował kolejne środki ostrożności. O godzinie 20.40 dał rozkaz sternikowi
Robertowi Hitchensowi, by po­szukał okrętowego cieśli Johna Maxwella i polecił mu zachować czujność, by w razie dalszego spadku temperatury zapobiec zamarznięciu zbiorników ze słodką wodą.
Ostrzeżenie przekazano także na niższe pokłady, pierwszemu mechanikowi Bellowi, który był odpowiedzialny za pracę kotłów. Trzeba było mieć na oku wodę wykorzystywaną w kotłach, jako że w ciągu zaledwie dwóch godzin temperatura spadła o dziesięć stopni Fahrenheita i nie można było wykluczyć dalszego spadku. Chłód na mostku stawał się tak dotkliwy, że drugi oficer poprosił mechanika pokładowego o uruchomienie kaloryferów w kabinie nawigacyjnej, w sterówce i w korytarzu przy kwate­rach oficerskich.

Kapitan wchodzi na mostek 
Pożegnawszy się z państwem Widener, kapitan wszedł na mos­tek. Chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku i zapoznać się z ewentualnymi depeszami istotnymi dla nawigacji. Lightoller złożył krótki raport, informując, że temperatura spad­ła do 33 stopni Fahrenheita (około 0,5° C), a zatem tylko jeden stopień dzielił ją od temperatury zamarzania wody. Dlatego wydano rozkazy zmierzające do ochrony zbiorników wody użyt­kowej i wody wykorzystywanej w kotłowni. „Titanic” płynął kursem 289°.
Smith i Lightoller zgodzili się co do tego, że pogoda jest bardzo dobra, a rejs przebiega wspaniałe.
-Prawie nie ma wiatru – stwierdził Smith.
-Nie, w gruncie rzeczy to flauta – przyznał Lightoller.
-Flauta. Kompletna flauta – powtórzył Smith jakby do siebie. Musiał przyznać, że w najśmielszych marzeniach nie przypusz­czał, że w czasie dziewiczego rejsu będzie miał tak doskonałe warunki do nawigacji. Cały czas jednak nie opuszczała go myśl o możliwości spotkania gór lodowych, osłabiając poczucie pew­ności związane z doskonałymi warunkami meteorologicznymi.
-Szkoda, że choć trochę nie wieje – ciągnął Lightoller, przyz­nając się tym samym do niepokoju, który od jakiegoś czasu go nie opuszczał. Nie był to niepokój bezpodstawny. Przy całkowi­tym braku wiatru znacznie trudniej jest zauważyć góry lodowe, ponieważ na powierzchni wody nie tworzy się charakterystyczny pas białej, spienionej wody, powstający przy załamywaniu się fal uderzających o bryłę lodu. Poza tym obydwaj wiedzieli doskona­łe, że góry lodowe nie zawsze są białe. Te, które wcześniej „fiknęły koziołka” w lodowatym oceanie, ciemnieją od wody morskiej. Bez fosforyzującego pasa fal u podnóża spada szansa wypatrzenia ich w porę. W dodatku przed dziobem „Titanica” pojawiła się lekka mgła, zacierając granicę między niebem a morzem. To wszystko sprawiało, że oficerów na mostku ogarnęło niejasne poczucie niepewności.
Nieuchronnie rozmowa przeszła na to, kiedy „Titanic” wejdzie w strefę gór lodowych i na trudności z ich dostrzeżeniem. Księżyca nie było, jednak drugi oficer miał nadzieję, że w tak pogodną noc odblask światła gwiazd na dryfujących górach lodowych wystarczy, by zdradzić ich obecność już z odległości półtorej mili, wystarczającej do przeprowadzenia manewru zmia­ny kursu. Kapitan Smith polecił zwolnić w razie, gdyby mgła stała się gęstsza, po czym pożegnał się z oficerami, dodając na odchodnym:
-W razie jakichkolwiek wątpliwości, proszę dać mi znać. I proszę mnie natychmiast zawiadomić, jeśli pogoda się zepsuje. Będę w kabinie.

Bezpieczeństwo w czasie nawigacji nocą i w trudnych warunkach zależało od obserwatorów, pełniących funkcję dzisiejszych radarów. W czasie dwugodzinnych wacht nieprzerwanie wpatrywali się oni w horyzont, starając się przeniknąć ciemności lub mgłę i zawczasu dostrzec wszystko, co mogłoby stanowić zagrożenie dla statku.

Tej nocy miał zamiar przespać się w ubraniu, żeby w razie jakich­kolwiek problemów być gotowym do natychmiastowego przeję­cia dowodzenia. Rozmowa z kapitanem uspokoiła Lightollera. Polecił Moody’emu przekazać obserwatorom, by zwracali uwagę nawet na tzw. „growlers”, czyli małe bryły lodu na powierzchni wody, ponieważ mogłyby one świadczyć o tym, że w pobliżu znajdują się większe lodowe formacje. Rozkaz miał być też prze­kazany marynarzom podejmującym służbę o godzinie 22.
Póki co, szósty oficer połączył się telefonicznie z bocianim gniaz­dem i przestrzegł:
– Uważajcie na lód, zwłaszcza na małe góry lodowe i pojedyncze bryły, aż do rana.
Lightoller uznał, że posyła­nie do bocianiego gniazda dodatkowych obserwa­torów nie jest konieczne. Stojąc na mostku, przez lornetkę wpatrywał się w ciemność, pamiętając, że górom i polom lodowym często towarzyszy mgła. „«Mesaba» do «Titanica». Lód między szerokością 42°N a 41°25’N na długości 49°W do 50°30’W. Widziałem gęsty pak lodowy i dużo sporych gór lodowych. Pogoda dobra, niebo bezchmurne”. Na „Titanicu” była godzina 21.40. Ta ogromnie ważna depesza, odebrana przez starszego radiooperatora Johna Phillipsa, który zajął miejsce Bride’a przy kluczu telegraficznym, nigdy nie trafiła do rąk Lightollera. Po razu drugi już, podob­nie jak popołudniu, po ode­braniu depeszy od parowca „Amerika” adresowanej do amerykańskiego Urzędu Hydrograficznego, John złamał regulamin, według którego wszelkie depesze istotne dla nawigacji powinny być bezzwłocznie przekazane oficerowi wach­towemu. W obydwu przy­padkach na stole leżała góra depesz do wysłania i Phillips myślał tylko o tym, by jak najszybciej się z nią uporać. „Titanic” zbliżał się do wybrzeży Ameryki Północnej i Phillips postano­wił skorzystać z okazji, że można było bez zakłóceń rozmawiać z Cape Race (kod rozpoznawczy „MCE”). W odpowiedzi na ostrzeżenie nadał więc jedynie: „Odebrałem. Dziękuję”. Radiotelegrafista „Mesaby” Stanley H. Adams spodziewał się, że po tym krótkim po­dziękowaniu zgodnie z przy­jętym zwyczajem otrzyma odpowiedź od kapitana „Titanica”. Ale czas mijał, a radiostacja oznaczona kodem „MGY” milczała. Adams zdawał sobie sprawę, jak ważne było przesłane przez niego ostrzeżenie.
Zresztą tego rodzaju depesze miały priorytet w stosunku do depesz pasażerów. Nadał więc sygnał „stand by”, żeby Phillips wiedział, że czeka na potwierdzenie od kapitana „Titanica”.
Depesza przesłana przez „Mesabę” była o tyle istotna, że podano w niej dokładnie rozmiary strefy występowania lodu. Gdyby ktoś zadał sobie trud naniesienia tych danych na mapę, natychmiast zobaczyłby, że „Titanic” nieuchronnie zbliża się do paku lodowego. Ale Phillips miał co innego na głowie. Zajmował się wysyłaniem depesz pasażerów, nie chciał bowiem zostawiać zbyt dużo pracy Bride’owi. Młodszy radiooperator spal teraz w przyległym pomieszczeniu, ale już wkrótce, dwie godziny wcześniej niż zakładał harmonogram, miał zasiąść przy radiostacji, żeby Phillips mógł odpocząć po poprzedniej nocy spędzonej na zmaganiach z transformatorem.

W następnym numerze między innymi: Niedziela 14 kwietnia: po kolacji. „…za tych co w morzu mogą zginąć”.

Źródło: „Titanic” zbuduj sam. Kolekcja Hachette.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s